Jadłem w...

Baba Ryba

Artykuł ukazał się w marcu 1998


Nikogo nie trzeba przekonywać, jak prostym, celnym i uwieńczonym sukcesem pomysłem było otwarcie "Chłopskiego Jadła". Choć miłośnicy sportów automobilowych twierdzą, że pan Jan Kościuszko, właściciel "Chłopskiego Jadła", to przede wszystkim rajdowiec, ja jednak sądzę, że człek ten w pierwszym rzędzie posiada intuicję restauratora. Bo oczywiście restauracje interesują mnie dużo bardziej, co samochody, a po wizycie w otwartej niedawno przy krakowskim "Chłopskim Jadle" restauracji "Baba Ryba" uważam, że ma ona szanse dorównać powodzeniem starszym braciom - tym z Głogoczowa i z ul. św. Agnieszki.

Do "Baba Ryby" wchodzi się przez "Jadło", zajmuje ona dwie ostatnie sale w całym amfiladowym szergu. Pierwszą upodobniono do jednego z pomieszczeń żaglowca, druga do dziobu (albo rufy). Lecz jak to zrobiono! Konwencja jest absolutnie hiperrealistyczna. Z wielu szczegółów wymienię tylko kilka. Bulaje nie są zwyczajnie przyczepione na ścianie, za nimi jest kawałek pustej przestrzeni, a dalej niebo, które co jakiś czas rozbłyska gwiazdą, latarnią morską, albo czym chcecie. Nocne niebo błyska też u sufitu, w otwartej klapie. A już ogromny nieboskłon, tym razem dzienny i z chmurami, wręcz fresk potężny, widać z rufy (albo dziobu), czyli rufo(dziobo)podobnej galeryjki. Jest keja, są beczki, sieci, słychać szum fal. Lepiej nie zrobiliby tego w Disneylandzie. Zamysł to do tego stopnia przemyślany i konsekwentny, że co wieczór osobnicy w marynarskich koszulkach w biało-niebieskie paski grają i śpiewają szanty. Nie znoszę szanty, lecz w tym wypadku nie ma to akurat żadnego znaczenia, bo jakże to żaglowiec bez "jo-ho-ho-ho-rum-skrzynia-umrzyk-hejże-rum-ho-ho", czy bez innych, podobnych (a podobne są do siebie wszystkie) pieśni.

Wprzódy skosztowałem dwóch pozycji z rozdziału "Armada smakowitych śledzi": w zaprawie z borowików oraz w oleju i cebuli (po 8 zł porcja). Ten z borowikami niezwykły - grzyby jędrne i pachnące, cebula z marynaty śledziowej (lub grzybowej) miękka, śledzie świetne, a w tym jeszcze sparzone laskowe orzechy. Śledzie w oleju i cebuli, zaprawiane cytryną, też pycha.

Z ryb zimnych próbowałem łososia "grawerowanego na surowo" (10 zł 10 dkg). Jak sądzę, ów grawerunek jest trawestacją słowa "gravlax", które jednak nie oznacza rycia, tylko skandynawski sposób marynowania surowego łososia z solą, cukrem i koperkiem. Gravlax uwielbiam, a miejscowy "grawerunek" do niego był zbliżony, więc przypadł mi do gustu.

Zup doświadczyłem dwóch: rybaka "Baba Ryba" (12 zł) i uchy (9,50 zł). Pierwsza to wywar z mieszanki owoców morza (surimi, kalmary, małże), podprawiony m. in. alkoholem i kawałeczkami sera typu roquefort, lecz z pewnością nie rokpolem, bo za dobry, mógł to być danish blue. Bardziej smakowała mi ucha, choć nią wcale nie była, bowiem ucha to rosyjska zupa rybna podawana z kawałkami ryby, cytryną i koperkiem. A ta była esencjonalnym wywarem z wygotowanych, a następnie przetartych słodkowodnych ryb, gotowanych z jarzynami, chili (bardzo przyjemnie pikantna), a pływały w niej przysmażone pasma naleśnika. "Mule olbrzymie robione w sosie z pieprzu i białego wina" (25 zł 6 szt.) zidentyfikowałem jako nowozelandzkie (rzeczywiście są duże), a sos miały winno-czosnkowy, podbity śmietaną i pieprzem.

Na "łososiu podanym z bakłażanem, papryką i oliwką" (35 zł 20 dkg) dodatkowo spoczywał plaster pomidora z czosnkiem. Łosoś bałtycki (tylko taki jest podawany) sprawdził się przy "grawerunku", przychylę się natomiast do zdania szkoły głoszącej, że porządny norweski czy (albo zwłaszcza) kanadyjski, z rusztu wychodzi zawsze lepiej, bo bardziej soczyście. Choć istnieje dość silna grupa "krajowców" twierdząca, że dzieje się dokładnie inaczej.

W karcie są jeszcze m. in. sandacze, dorsze, pstrągi, flądry, a na specjalne zamówienie przygotowywane w całości szczupaki, amury i jesiotry. Jo-ho-ho.

Robert MAKŁOWICZ


Recenzje | Strona główna