Była zima, początek lat osiemdziesiątych, gdy jechaliśmy z kolegą tramwajem ulicą Waryńskiego. Dwa powody kazały wówczas wytężać uwagę i bacznie obserwować lewą stronę ulicy, gdy ósemka zbliżała się do Hotelu Garnizonowego. Pierwszy to fryzjer, na którego szybie widniał napis "Fryzyer". Ten archaiczny napis krzepił, jak ovomaltina, bo odcinał się swą wykwintną i nieaktualną składnią od aktualnych i wszechobecnych: "placówka gastronomiczna", "żądamy zakazu broni neutronowej", "gospodarz domu" czy "mamy tylko jedną Polskę".
A drugi powód, to bliski fryzjera-fryzyera lokal, z dużą, wychodzącą na ulicę szybą. Przejeżdżając i obserwując dało się stwierdzić, czy w lokalu jest sporo ludzi. Jeśli tak, znaczyło to, że akurat podają piwo, co pozwalało wysiąść na przystanku vis a vis Hotelu Garnizonowego, przejść kilkanaście metrów i probować przekonać kelnerkę w obowiązkowych butach ortopedycznych, by podała kilka flaszek bez zakąski.
Nam wówczas nie udało się osiągnąć z obsługą całkowitego konsensusu, a tylko częściowy. Zrezygnowano co prawda z podawania nam zgniłej fasolki po bretońsku, ale musieliśmy do każdego granata "Wawelskiego" zamówić topiony serek tylżycki. Po spożyciu kilku litrów piwa i kilkudziesięciu dekagramów serka (a trzeba pamiętać, że żaden z tych produktów nie cieszył się specjalną estymą wśród smakoszy), jęliśmy, wzorem starożytnych, rozglądać się za womitorium. Nasze ruchy wzięto najwyraźniej za próbę ucieczki bez zapłacenia rachunku i paru panów spuściło nam solidny łomot. Gdy z podbitym okiem i spuchniętą wargą wychodziłem z tego lokalu (nazwy już nie pomnę), ani przez myśl mi nie przeszło, że ulica, przy której nas pohańbiono, kiedyś znów zwać się będzie św. Gertrudy, a lokal, w którym to zrobiono, przybierze kiedyś formę normalnej restauracji, zrzucając maskę bolszewickiej jaczejki.
Wprzódy stała się rzecz pierwsza, a od miesiąca przy św. Gertrudy liczba 21 ziściło się drugie: działa tam przyzwoita restauracja "Pod Baranem".
Wnętrze schludne, czyste, bezpretensjonalne i przyjemne. Karta typowo polska, z zup m. in. barszcze, żurek, pomidorowa, grochówka, z dań drugich pieczona golonka, zrazy, chateaubriand, kaczka.
Na wejście podano mi od firmy dwa dość grube plastry domowo pieczonego boczku z chrzanem i kromką chleba. Może nie wygląda to pięknie, zwłaszcza dla jaroszy, ale smakowało dobrze, zwłaszcza że boczek miękki i dosmaczony. Potem poprosiłem o maczankę po krakowsku (9 zł). Sos brązowy, intensywny i cebulowy, bułka nie sucha, w środku zdaje się karkówka, ale nie bardzo tłusta, wyczuwalny zapach kminu i lekki czosnku. Dobrze jest - myślałem, i zamowiłem grochówkę (3 zł). Porcja duża, groch przetarty, kawałeczki boczku i grzanki, doprawiona jak trzeba.
Potem poprosiłem o kurczaka po polsku (16 zł). Ptaka wyluzowali z kości, nadziali klasycznie moczoną w mleku bułką, siekaną wątróbką i koperkiem, podpiekli, potem podzielili na ćwiartki i ostatecznie zapiekli ćwiartkę, akurat na stół przeznaczoną. Skórkę miał rumianą, mięso wilgotne i o maślanym aromacie, nadzienia bardzo dobrego mnóstwo, w ogóle wielka porcja. Wrażenia dopełniała podawana na zakończenie w prezencie od firmy szklanka poezyjnego kompotu z suszu, pachnącego intensywnie suszonymi po polsku śliwkami. Taki obiad zjadłby z ochotą nawet pan fryzyer.
Robert MAKŁOWICZ