Trzy tygodnie temu, opisując smakowitą wizytę w warszawskiej restauracji "Maharaja" jęczałem, że w Krakowie nie ma kuchni hinduskiej. I oto dosłownie kilka dni później przy ul. Krakowskiej działalność rozpoczął bar "Ganges" - co jaskrawie dowodzi, że czasami nasze wznoszone w niebo prośby są rychło wysłuchiwane.
Jak się tylko o tym zwiedziałem, natychmiast i bez wahania popędziłem w okolice Kazimierza. "Ganges" mieści się po prawej stronie Krakowskiej, gdy zdążać od Stradomia, tuż przed rogiem z ul. Meiselsa. To obszerne, długie pomieszczenie z wejściem bezpośrednio od ulicy, które pozornie niczym szczególnym się nie wyróżnia: flizy na podłodze, tapety i obrazki z Indii na ścianach, lada barowa z tzw. bemarami, czyli pojemnikami, utrzymującymi potrawy w ciepłocie.
Ale tylko pozornie, bowiem w środku stoi pan Hindus, zamieniając (po polsku) kilka słów z wchodzącymi gośćmi, radząc, co zjeść, by potem zniknąć w kuchni. Obecność pana Hindusa to fakt, który różni "Ganges" od wszystkich innych krakowskich barów.
Miły ten człowiek, na mą wcale nie kurtuazyjną uwagę, że ubóstwiam indyjską kuchnię, choć znam ją jeno z Anglii, odparł, że i on przybył tu z Anglii, przeprosił, że póki co wybór dość skromny, ale działają kilkanaście dni, rozpoznając teren bojem.
Powiedziałem, że nic nie szkodzi skromny wybór, jeśli jedzenie dobre, i już u pani kelnerki zamówiłem pierożki samosa (5 zł), panierowane jarzyny pakora (5 zł), pikantną wołowinę kima hot (6 zł) placki chapatti (3 zł), kurczaka kashmiri (8zł), ryż z przyprawami (2 zł) i wodę mineralną (2 zł).
Samosa bez pudła, pakora (ciasto do panierownia robione jest z mąki soczewicowej) też - takie same dawali na East Endzie. Potem dostałem kima hot, a nigdy wcześniej jej nie jadłem. To mięso mielone, pływające w aromatycznym sosie, właściwie będącym olejem, w którym całość się dusiła. Jakby leciutko cynamonowe, oczywiście z curry i kosteczkami duszonych pospołu z resztą ziemniaków. Placki chapatti (3 wielkie sztuki) wyśmienite, polane masłem (a może wręcz masłem klarowanym, czyli hinduskim ghee?), do mięsa mielonego jak znalazł, bo można jeść bez sztućcy, zastępując je plackami.
Kurczak kaszmirski również bardzo dobry, łagodny, żółty od curry, duszony - jak podejrzewam - z jogurtem, kostki mięsa w środku soczyste i nie "przeduszone"
Pan Hindus przyszedł na koniec spytać, czy smakowało. Potwierdziłem i spytałem się, czy będzie w karcie me ulubione, bardzo ostre vindaloo. Odrzekł, że boi się dań pikantnych, bo Polacy en bloc takich nie lubią. Jąłem go na vindaloo namawiać, przekonując, że cudzoziemscy restauratorzy mają obowiązek, ba, misję, uczyć Polaków obcych smaków w jak najbardziej oryginalnych wersjach. Dopasowywanie się do miejscowego gustu niczemu nie służy, poza fałszowaniem oryginalnych kuchni, to kapitulacja. Hinduski bar bez vindaloo - tak samo mógłbym otworzyć w Indiach czy Tajlandii polską knajpę i kierując się miejscowymi upodobaniami jął pakować do ruskich pierogów chili lub mleczko kokosowe. Absurd.
Zobaczymy, co z "Gangesu" wyrośnie. Bardzo możliwe, że ta póki co jaskółka hinduskiej kuchni, przepoczwarzy się wkrótce w indyjskiego słonia.
Robert MAKŁOWICZ