O przyjaciołach przypominamy sobie w sytuacjach kryzysowych. To wcale nie banał: ile razy krążę zdenerwowany po Rynku, zastanawiając się, co pożreć, to zawsze wtedy przypominam sobie o "Hawełce", i nigdy potem nie żałuję, że sobie przypomniałem.
Bo z "Hawełką" mój żołądek i język mają właśnie taki układ, jak z kolegą najlepszym. Na codzień wcale nie pragniemy się widywać, świetnie wiedząc, co u siebie słychać. Ale w potrzebie - odnajdujemy się błyskawicznie, bo do kogóż innego się zwrócić, jak nie pod stary, sprawdzony adres?
To prawda, nigdy tam jeszcze nie byłem na kolacji, nie zapraszałem wieczorem gości. Ale ileż razy było tak, że nie chcąc jeść cudzoziemskich przysmaków, bądź nie nie chcąc ryzykować pod nowymi szyldami, tam właśnie lądowałem. Ileż to już talerzy zup grochowych (z grzaneczkami), gulaszowych, gołąbków w sosie pomidorowym, flaków bez wątpienia zasmażanych i sznycli cielęcych z kopytkami po wiedeńsku? Mnóstwo, bardzo dużo, bez liku. Jak kwadry księżyca, przypływy morza, wysyp kleszczy czy wiatr halny - stale powracają zupy grzybowe w chlebie, pierogi z kapustą czy kopytka po wiedeńsku. Te pierogi i kopytka są równie, co kwadry i kleszcze nieuchronne, lecz o ileż milsze. To nieuchronność z gatunku tych, na jakie - nawet o tym nie wiedząc - się czeka.
Bo kuchnia w "Hawełce" jest dobra. Nie jest to dobroć nachalna, krzycząca czy rzucająca na kolana. Nie, ona jest czasami wręcz monotonna, na tyle swojska, że nie raz machamy na nią ręką w poszukiwaniu bardziej egzotycznych smaków. Lecz zawsze do niej wracamy.
Ja wracam tam pomimo tego, że w środku nad wyraz mi się nie podoba. Piękną, lecz ciemną salę starano się przekształcić w coś, czego założenia rozumiem i akceptuję: wiedeński ogródek, taki, jaki urządziłaby pani Anna Sacher, wydając przyjęcie poza hotelem. Lecz zrobiono to wyjątkowo nieudolnie, drewniane altanki bardziej przypominają sklejkę, a oplatają je paskudne plastikowe bluszcze. Gdyby loże - altanki zrobiono ładniej, całość mogłaby stać się urocza.
Lecz wroćmy do jedzenia. Nie dalej, co kilka dni temu, zacząłem od chłodnika (3,50 zł). Dobry, choć nie tak czosnkowo-musujący, jak domowy. Potem uszczknąłem flaczków (4 zł), jak zawsze tutaj - gęstych, porządnie zasmażonych, mięsnych. Dalej - w ramach przystawki - zjadłem paluszki cielęce w sosie śmietanowo-sezamowym (5,50 zł). Chude, cielęce klopsiki o kształcie wydłużonym, polano zacnym, gęstym i klasycznym śmietanowym sosem - z ziarnami sezamu na dodatek. Sos na tyle mi smakował, że z chlebem zjadłem wszystko do cna.
Danie drugie to zawsze sprawa poważna, zamówiłem więc kaczkę po krakowsku w sosie z grzybów leśnych (10 zł) z dodatkiem kaszy perłowej (1,80 zł). To jedna z lepszych rzeczy, jaką tu jadłem: kaczkę wyluzowano z kości, mięso było mięciutkie, sos pachniał grzybami, a kasza miała każde ziarno osobno. Dodatkowo polano ją bułeczką tartą z masłem.
Do kaczki wziąłem sałatkę z cykorii (10 zł), bo intrygowała mnie cena i sama salatka. Dostałem gigantyczną misę, pełną pysznej sałaty, będącej samą w sobie daniem obiadowym. Oprócz cykorii dostrzegłem kukurydzę, szynkę, paprykę i co tam jeszcze - wszystko w doskonałym, majonezowym sosie.
Deser - rzecz prawie święta. Znając jakość tutejszego ciasta pierogowego (bardzo sprężyste, acz cienkie), nie mogłem nie skubnąć pierożka z truskawkami (5 zł). Dobry, choć z owocami wolę knedle. No i jeszcze coś dla zdrowia: kalafiorowi z wody (2,50 zł) nie skąpiono bułeczki. Co ważne, obsługa kelnerska w Hawełce nie dość że jest bardzo miła i kompetentna, to jeszcze absolutnie męska, a za to zawsze restauracja ma dodatkową gwiazdkę więcej. Cóż, w najbliższych tygodniach pewnie znów rzucę się w odmenty pociągającej egzotyki. Potem nerwy ukoję kaczusią z kaszą w Hawełce. Takie życie.
Robert MAKŁOWICZ