Jeśli Wasze dziecko nie jest już w stanie przyjmować innego pożywienia, jak podawanego na plastikowych tackach - z których resztki i jednorazowe sztućce zsuwa się po jedzeniu do koszy o wahadłowo ruchomych wieczkach, jeśli Wasze dziecko chce już tylko pić pepsi oraz milkszejki, i to wyłącznie z papierwych kubków przez plastikowe słomki, a nie chcecie, by Wasze dziecko jadło wyłącznie rzeczy smakujące niczym, zabierzcie je koniecznie do naleśnikarni "Chatka Puchatka", działającej przy Placu Mariackim, vis a vis kościoła Najświętszej Marii Panny. Lokal ten bowiem, choć spełnia formalnie wszystkie wymogi fast-foodu (samoobsługa, tacki, papierowe kubki i talerze, plastikowe sztućce), to podaje całkiem smaczne rzeczy.
Niegdyś działał tam bar kanapkowy "Tartinka". Teraz niewielką salę przemalowano na żółto, na ścianach wiszą sceny z życia misia Puchatka, a w wywieszonym menu dominują naleśniki. Robione są z ciasta zbliżonego do bretońskich galette, tych z dodatkiem mąki gryczanej, lecz grubszego i zwijanego w tradycyjny, polski rulon, a nie składanego w kopertę (co prawdopodobnie umożliwić ma branie sobie naleśnika na wynos do łapy).
Wprzódy zjadłem naleśnik po francusku (3,80 zł), nadziewany serami, z całą pewnością rokpolem i czymś kozim. Serów dużo i roztopione jak trzeba. Smakował mi. Protestującemu koledze zabrałem kawałek naleśnika po węgiersku (3,80 zł), w który wsadzono leczo i salami. Też niezły. Nawet lekko pikantny.
Naleśnik orzechowy bardzo dobry (2,90 zł). Uformowany nie w rulon, lecz tulipan, orzechów (włoskich) cała masa, a masa wilgotna i dosmaczona, musi co z miodem.
Na ostateczny deser z drżeniem serca poprosiłem o koktajl puchatkowy (2,90 zł). Niepokoiłem się, gdyż wymienione w menu składniki specjału (mleko, jabłka, banany, miód) wskazywały, iż jest to klasyczny milkszejk, a milkszejków mie znoszę organicznie. Jakież było me zdumienie, gdy otrzymałem coś, co smakowało przyjemnie (jeśli ktoś lubi mleko i banany, rzecz jasna), smakowało naturalnie i nie było monstrualnie słodkie (a klasyczne milkszejki nie smakują niczym, za to są słodkie, jak cała cukrownia Chybie). Ten napój po prostu zrobiono na miejscu, z prawdziwych produktów, a nie fabrycznych proszków, których używają hamburgerownie.
Trzeba więc zrobić tak. Uwielbiające frytki i bułkę z wołowiną dziecko zabrać do "Chatki Puchatka", wmówić mu, że ten głupkowaty (o tym nie mówić) miś na małe co nieco jadał wyłącznie naleśniki francuskie oraz węgierskie, a dziecko po raz pierwszy poczuje smak pleśniowego sera i salami. Może zahibernowane kubki smakowe bobasa ery postindustrialnej obudzą się do życia. Kto wie. Może za dwadzieścia lat założy domową piwniczkę z winami. A my wtedy będziemy mogli mu podkradać klucz. Niecałe osiem złotych za dwa naleśniki i taką perspektywę to nic.
Robert MAKŁOWICZ