Jadłem w...

Przebiegłość ukarana

Artykuł ukazał się 9 lipca 1999


To przykre, ale jak tylko usiłuję stać się choć na chwilę człowiekiem sprytnym i przebiegłym, czujny Pan Bóg natychmiast dotkliwie mnie karze. Ostatnio zrobił to aż trzy razy w ciągu jednego dnia, a wszystko przez wyjazd do Warszawy.

Pomny wielu doświadczeń wstałem rano o godzinę wcześniej, by udać się do stolicy Mazowsza nie ekspresem - pamiętając o góralskich pracownikach najemnych, notorycznie ściągających tam buty w przedziałach - a klimatyzowanym, urzędniczo-poselskim intercity. Wagon lśnił czystością i nie miał przedziałów, jak we włoskim pendolino czy francuskim teżewe. Coż z tego, skoro przy niższej prędkości (a taką przeważnie nasze pociągi rozwijają) trząsł się tak okropnie, że nie sposób było postawić kawy na specjalnej półeczce ani bez przykrości przeczytać gazety, a wszystko wokół brzęczało niemiłosiernie. Uprzejmy pan konduktor przepraszał i tłumaczył, że polskie wagony tak mają i nic na to nie można poradzić.

Potem poszedłem do "Warsu" i z dużą pewnością siebie poprosiłem o bułkę z szynką, dobitnie dodając, by była posmarowana masłem, a nie margaryną, bo wiedziałem z doświadczenia, że normalnie smarują margaryną, a tej nie znoszę. Pan kelner powiedział: "Oczywiście", dodał jeszcze - "Wedle życzenia", po czym otrzymałem bułkę posmarowaną "Ramą", szczęśliwie tylko z jednej strony i szczęśliwie chyba nie na działkach.

Po pracowitym dniu należy się godny posiłek, w tym celu wybrałem restaurację tajską "Dongnam" przy ul. Marszałkowskiej 45, którą już z pewną sympatią opisywałem w tym miejscu. Spragniony poprosiłem natychmiast o coś zimnego do picia, dla wątpliwego dowcipu dodając, by nie była to Bonaqua w szklanej butelce. Pani kelnerka nie żartując odparła, że z wód mineralnych gazowanych mają wyłącznie wymienioną przeze mnie i tylko w takich właśnie butelkach (a było to z tydzień po ujawnieniu afery pleśniowej), poza tym dysponują innymi produktami koncernu Coca-cola w butelkach szklanych 0,33 l. Wybrałem wodę z ogromnej, plastikowej bani, z tych, co to stoją w biurach i urzędach. Za szklankę policzono mi zł 5.; a że było gorąco, za samą wodę zapłaciłem tyle, co w Krakowie za nie najgorszy obiad.

Prawdę mówiąc fakt zepsuł mi nieco humor i tajskiemu żarciu nie poświęcałem już tyle uwagi, ile powinieniem. Zupa z kurczaka z chili, mleczkiem kokosowym, trawką cytrynową, imbirem i dziesiątkami innych przypraw smakowała jak zawsze dobrze, ale kosztowała 17 zł, czyli o 5 więcej, niż przed rokiem. Makaron na ostro, smażony m. in. z wieprzowiną, chili, tajską bazylią i jarzynami (dziecinne kukurydzki w kolbkach z puszki) rozczarował mnie nieco, tym bardziej, że porcja kosztuje 27 zł. Przystawkowa wołowina satay (13 zł) przepyszna, dwa szaszłyczki natarte aromatycznymi pastami i z sosami: orzechowym i kolendrowym. Kaczka w czerwonym curry (38 zł, plastry mięsa usmażonego na ruszcie, zanurzone później w zupnym sosie z mleka kokosowego, chili i innych przypraw) też, ale czy można tym wszystkim właściwie się cieszyć, gdy do picia proponują coś, co telewizja i autorytety bakteriologiczno-sanitarne kilka dni wcześniej ogłosiły jako trujące? Nie można. Tak jak nie można usiłować być sprytnym wbrew własnej naturze.

Robert MAKŁOWICZ


Recenzje | Strona główna