W sobotę i niedzielę (warszawiacy i żyrardowianie nazywają dni te łykendem, chętnie dodając, że robią sobie wówczas coś z gryla albo flaky) bawił w Krakowie mój przyjaciel z Polski Centralnej. Odbyliśmy trudną i wyczerpującą turę po restauracjach i barach, a ja samodzielnie i już spokojniej chciałem powtórzyć wizyty pod kilkoma wybranymi adresami, by powiększyć kulinarne dossier, a uwagami podzielić się z Państwem. Niestety - pracodawca namówił mnie na szczepienie przeciwko grypie. Bardzo szybko na ramieniu wyrosła mi duża, czerwona gula, co mogłoby tłumaczyć podejrzenia niektórych, że Światowa Organizacja Zdrowia - co roku komponująca typ szczepionki - znajduje się pod przemożnym wpływem zachodnioeuropejskich marksistów lub co najmniej poprawnych politycznie (kolejnym dowodem na to miałby być fakt, że organizacja ta nie namawia do picia wina, a wręcz zniechęca do niego, choć naukowo potwierdzono, iż regularnie konsumowane czerwone wino uodpornia na wiele). W każdym razie wraz z gulą straciłem na kilka dni apetyt i jedyne, co mogę dziś w tym miejscu zrobić, to podzielić się wrażeniami ogólnymi.
O nowych restauracjach póki co ani słowa, bo choć kilka w ostatnim czasie otwarto, a my otworzyliśmy drzwi do nich, to po pierwszej wizycie, przy takiej ich komasacji, napisać nic obiektywnego nie sposób. Słów zatem parę o barach, bo zachodzi w nich pewien niezwykle denerwujący proces, który w dodatku dotyczy całego kraju, a w przenośni świata całego.
Choćby zrodziło się na raz kilka tysięcy nowych doktorów Marcinkowskich, a wszyscy jeszcze zacieklej atakowali alkohol, to i tak nie zmienią faktu, że oszroniony kieliszek lodowatej wódki jest istotnym elementem kultury i tożsamości narodowej. Tak samo, jak szczyt Giewontu, dzieła Mickiewicza, śledź w śmietanie, Moniuszko, kurpiowskie wycinanki czy ziemniaki pieczone w ognisku. Jedne z tysięcy elementów tej układanki są mniej ważne, inne bardziej, lecz tylko wszystkie naraz da się ułożyć w puzzle pt. "Polska", bez któregokolwiek z nich pozostanie dziura. Można oczywiście nie znosić wódki, można też nie lubić Mickiewicza, ale nie sposób stwierdzić, że może być Polska bez kieliszeczka lodowatej czystej czy też "Dziadów".
A tu w coraz liczniejszych barach, małpujących bezmyślnie anglosaskie wzory, jęli podwieszać butelki z wódką szyjką do dołu, zaopatrując je w dozowniki. Wiszącej butelki z dozownikiem wsadzić się do lodówki nie da, więc wódkę leją ciepłą! Ma to uzasadnienie w USA, bo tam nikt prawie wódki z kieliszków nie pije, tylko w koktailach, z lodem, ale czy to znaczy, że i ja mam pić wódkę z lodem w szklance? Tak jej nie znoszę i nie chcę! Pragnę pić ją, jak pili ojciec, dziadek i pradziadowie - w małym kieliszku, najlepiej dwudziestce piątce, chętnie trzymanym w lodówce, a płyn mieć ma konsystecję oleistą. Gdyby Anglikom kazano bardziej ziębić i gazować swe piwa, Francuzom mieszać wino ze sprite'm, a Niemcom pić pilsnera na Oktoberfest z kufelków O,25 l - pogoniliby pomysłodawców precz, bo to sprzeczne z ich narodową tradycją. A nasi barmani niech sobie wieszają, co chcą, a dozowników im życzę co najmniuej macicą perłową wykładanych. Byleby zawsze mieli ekstra flachę czystej w zamrażarniku.
Robert MAKŁOWICZ